
Przez lata próbowałam trzymać wszystko w ryzach.
Każdy plan.
Każdy szczegół.
Każdego człowieka.
Bo gdzieś głęboko wierzyłam, że jeśli odpuszczę kontrolę – to wszystko się rozpadnie.
A wraz z tym… ja.
Z zewnątrz wyglądało to jak perfekcjonizm.
Z wewnątrz – jak nieustanny stan czuwania.
Miałam zawsze plan B. I plan C.
I dokładnie przewidziane, co może pójść nie tak.
Dziś już wiem, że to nie była siła.
To był lęk.
Lęk dziecka, które kiedyś nie miało wpływu na to, co się działo wokół.
Które musiało być czujne, dorosłe, odpowiedzialne za emocje innych.
Kontrola była moim mechanizmem przetrwania.
Dawała mi pozorne poczucie bezpieczeństwa.
Ale w rzeczywistości… tylko oddalała mnie od prawdziwego życia.
Bo jak można żyć naprawdę, kiedy wszystko musi iść zgodnie ze scenariuszem?
W pewnym momencie zrozumiałam, że ta kontrola nie tylko mnie chroni —
Ona też mnie rani.
Bo odcina od bliskości. Od spontaniczności. Od zaufania.
Do ludzi.
Do życia.
Do siebie.
Dziś uczę się ufać.
Nie ślepo. Nie naiwnie. Ale świadomie.
Uczę się ufać, że nie wszystko zależy ode mnie.
Że nie muszę wszystkiego naprawiać, wyjaśniać, trzymać za rękę.
Że czasem warto puścić… i zobaczyć, co się wydarzy.
Zamiast kontroli – wybieram obecność.
Zamiast napięcia – wybieram oddech.
Zamiast wiecznego czuwania – wybieram spokój, który nie zależy od okoliczności.
To nie znaczy, że nie mam już lęków.
Ale one nie prowadzą już mojego życia.
Bo dzisiaj wiem, że prawdziwa siła nie polega na tym, by mieć wpływ na wszystko.
Prawdziwa siła… to zaufanie.
Do siebie.
Do procesu.
Do życia.
Jeśli czujesz ,że jesteś gotowa na zmiany, zapraszamy na bezpłatna konsultację.


