Wewnętrzne dziecko.

 

 

„Wewnętrzne dziecko”? A może po prostu ja – dorosła, z emocjami

Coraz częściej słyszę: „Musisz zaopiekować się swoim wewnętrznym dzieckiem.”
Bo jeśli coś mnie boli, porusza, uruchamia – to pewnie nie ja dorosła, tylko „mała ja z przeszłości”.
Trzeba ją przytulić, uznać, poczuć. Tak mówi wielu. I ja to rozumiem.
Ale… nie czuję tego.

Nie dlatego, że nie mam emocji.
Nie dlatego, że nie mam przeszłości.
Tylko dlatego, że nie czuję się podzielona.
To, co przeżywam – to nadal ja. Cała. Wrażliwa. Z bagażem, ale też z odpowiedzialnością.

Nie mam w sobie potrzeby tworzenia wewnętrznych postaci.
Nie chcę mówić o „niej” – skoro to ja się boję, ja się złoszczę, ja reaguję.
To nie żadna „mała dziewczynka” w środku mnie płacze. To moje realne emocje, na które mam wpływ.
Nie odcięłam się od nich. Ale też nie chcę ich „terapeutyzować” metaforą, która – choć piękna – mnie osobiście oddala od działania.

🔍 Dlaczego ta metafora mi nie pomaga

Bo zamiast się zatrzymać i zapytać siebie:
„Czego potrzebuję?”
„Jak chcę zareagować?”
„Co mogę zmienić?”
– zaczynam się zastanawiać: „Co powiedziałoby moje wewnętrzne dziecko?”
I nagle jestem obok siebie, nie w sobie.

Zaczynam analizować zamiast czuć.
Tłumaczyć emocje zamiast je przeżywać.
Przytulać wyobrażenie zamiast wziąć odpowiedzialność za to, jak funkcjonuję tu i teraz.

Dla mnie to nie jest rozwój.
To stanie w miejscu.
To opieka bez decyzji. Emocje bez ruchu.
A ja już nie chcę tylko czuć. Chcę działać.

👐 Nie krytykuję. Po prostu wybieram inaczej.

Jeśli ktoś pracuje z „wewnętrznym dzieckiem” i czuje ulgę – wspaniale.
Jeśli komuś to pomaga nazwać swoje traumy – super.
Ale to nie znaczy, że każdy musi iść tą drogą.

I nie – jeśli nie rezonuję z tą koncepcją, to nie znaczy, że jestem wyparta.
To nie znaczy, że jestem „niegotowa”, „zamrożona”, „jeszcze na wcześniejszym etapie”.

To znaczy, że potrzebuję innego języka.
Bez bajek. Bez wizualizacji. Bez koncepcji, które mają za dużo warstw.

Potrzebuję prawdy.
Prosto. Po dorosłemu.
Potrzebuję powiedzieć: „To ja się tak czuję. To ja muszę się tym zająć.”
Nie przytulając wewnętrznej dziewczynki. Tylko robiąc porządek w swoim dorosłym życiu.

🧭 Co mi pomaga zamiast tej metafory?

– Pytanie siebie wprost: co teraz czuję?
– Sprawdzenie: czy ta reakcja mi służy?
– Decyzja: co mogę zmienić dziś, nie w przeszłości?
– Zgoda na emocje, ale też dyscyplina, by nie dawać im kierownicy.

Bo nie chcę zatrzymać się na opiece.
Chcę przejść przez opiekę do odpowiedzialności.
Nie chcę głaskać każdej emocji. Chcę ją zrozumieć i iść dalej.

🔚 Każdy ma swoją drogę – i to jest okej.

Ten tekst nie jest krytyką terapii wewnętrznego dziecka.
To jest głos kogoś, kto potrzebuje innego podejścia.
Kogoś, kto czuje: „To mnie zatrzymuje, zamiast wzmacniać.”
I nie chce się już tłumaczyć, że „nie czuje tej koncepcji”.

Rozwój to nie religia.
Nie trzeba wierzyć we wszystko, żeby się zmieniać.
Wystarczy znaleźć język, który prowadzi – a nie rozprasza.

Dla mnie ten język to prostota. Dorosłość. Realność.
Nie z wewnętrznym dzieckiem. Z sobą – dziś.
I to działa.

Dodaj tu swój tekst nagłówka

Scroll to Top