
Są takie momenty w życiu, które łamią człowieka od środka.
Nie widać tego po twarzy. Uśmiechasz się, działasz, ogarniasz codzienność. Ale w środku… wszystko się kruszy.
I właśnie wtedy masz dwa wyjścia:
– Rozpaść się całkowicie…
– Albo — mimo wszystkiego — nie zrezygnować z siebie.
Dziękuję sobie, że się nie poddałam.
Nie poddałam się, gdy wszystko traciło sens.
Nie poddałam się, gdy jedyne, co czułam, to lęk i bezsilność.
Nie poddałam się, nawet gdy czułam się kompletnie sama z tym wszystkim.
Może nie było nikogo, kto by zrozumiał.
Może nie było wtedy wsparcia, pomocy, dobrego słowa.
Ale byłam ja.
I to właśnie ta relacja — ze sobą — stała się fundamentem wszystkiego.
Bo w pewnym momencie przestajesz czekać, że ktoś cię naprawi.
Zaczynasz sama łatać to, co popękane.
Zaczynasz mówić do siebie inaczej.
I nawet jeśli jesteś jeszcze słaba — mówisz:
„Nie wiem jak, ale spróbuję jeszcze raz.”
To wtedy zmienia się wszystko.
Nie z dnia na dzień. Nie po jednej medytacji.
Ale krok po kroku — kiedy przestajesz uciekać, a zaczynasz siebie poznawać.
Zaczynasz rozumieć, że to nie świat musi się zmienić.
To Ty potrzebujesz wyciszyć ten chaos w środku.
Zamienić przekonania, które powtarzasz od lat.
Wybaczyć sobie. I iść dalej — z nową siłą.
Dziękuję sobie, że zostałam.
Że przetrwałam.
Że odważyłam się sięgnąć głębiej, zamiast udawać, że „jest okej”.
Bo dziś nie potrzebuję już niczego spektakularnego.
Cenię spokój.
Wdzięczność za małe rzeczy.
Ciszę w głowie, której kiedyś tak brakowało.
I wiem jedno:
Nie musisz być gotowa. Musisz być obecna.
Nie musisz wiedzieć, jak. Musisz tylko dać sobie szansę.
Dziś, patrząc wstecz, wiem jedno: to, że się nie poddałam, zmieniło wszystko.
Nie dlatego, że teraz moje życie jest idealne. Ale dlatego, że już wiem, gdzie szukać siły — w sobie.
Nie zawsze miałam odpowiedzi. Nie zawsze miałam wsparcie. Ale miałam wybór:
– Mogłam się rozpaść albo się odbudować.
– Mogłam ciągle wracać do tego, co mnie rani… albo wybrać drogę uzdrowienia.
I właśnie wtedy, kiedy wydawało się, że nic dobrego mnie już nie czeka — coś we mnie powiedziało: jeszcze nie teraz. Jeszcze nie koniec.
Dlatego dziękuję sobie.
Za każdy krok, nawet ten najmniejszy.
Za każdy dzień, kiedy wstałam mimo wszystko.
Za to, że nie uciekłam.
Za to, że dałam sobie czas.
Za to, że dziś jestem — tu, gdzie jestem.
Za każdą decyzję, która była trudna, ale potrzebna.
Za to, że dałam sobie szansę na lepsze życie.
Nie uratował mnie nikt z zewnątrz.
Ale uratowałam siebie — kiedy wybrałam, że to nie koniec historii. To dopiero początek.
I jeśli to czytasz, może to znak, żebyś Ty też podziękowała sobie.
Nie za to, że byłaś idealna.
Ale za to, że byłaś wystarczająca, by nie zniknąć — mimo bólu.
Jeśli czujesz ,że jesteś gotowa na zmiany, zapraszamy na bezpłatna konsultację.


