
Są takie momenty w relacji, kiedy wydaje nam się, że dokładnie wiemy, co druga osoba powinna zrobić, czuć, zrozumieć.
Że gdyby tylko zachowywał się inaczej, gdyby bardziej się starał, gdyby w końcu zobaczył to, co ja widzę — wszystko by wreszcie „zaskoczyło”.
Tak długo próbujemy „pomóc”, „naprawić”, „prowadzić”, że nawet nie zauważamy, kiedy zaczynamy walczyć o wersję partnera, która istnieje tylko w naszej głowie.
I właśnie wtedy relacja zaczyna się dusić.
Wiele osób — zwłaszcza tych, które wychowały się w domach pełnych chaosu, kontroli, ciszy emocjonalnej lub uzależnienia — niesie w dorosłość jeden podstawowy lęk:
jeśli nie będę kontrolować, to znowu stracę.
Stracę stabilność.
Stracę miłość.
Stracę grunt.
Z tego miejsca rodzi się potrzeba zmieniania partnera.
Bo jeśli on się zmieni — ja w końcu odpocznę.
Ale prawda jest dużo trudniejsza:
Zmieniając drugą osobę, próbuję ukoić swoje własne rany.
To nie jest miłość.
To mechanizm przetrwania.
Kiedy przestałam go zmieniać — pierwszy raz naprawdę go zobaczyłam!
To było jedno z najtrudniejszych odkryć w mojej dorosłości:
On nie musi stać się kimś innym, żebym mogła być szczęśliwa.
To ja muszę zobaczyć, dlaczego tak bardzo tego od niego wymagam.
Przestałam analizować każde jego słowo.
Przestałam brać na siebie odpowiedzialność za jego emocje.
Przestałam „wyprzedzać” jego reakcje, żeby uniknąć napięcia.
Po raz pierwszy spróbowałam spotkać go tu, gdzie naprawdę jest — nie tam, gdzie chciałam, żeby był.
I wtedy wydarzyło się coś niewiarygodnego:
Gdy przestałam go zmieniać — on zaczął się otwierać.
Nie dlatego, że ja „odpuściłam”, tylko dlatego, że w końcu poczuł się bezpieczny.
Poczuł, że nie musi być projektem, zadaniem, planem do realizacji.
Że może być człowiekiem.
A ja pierwszy raz poczułam, że mogę po prostu być.
Bez napięcia.
Bez kontroli.
Bez tego ciężaru, który nosiłam od dziecka.
Zmiana w relacji zaczyna się od zmiany w sobie!
To wielki paradoks:
Im bardziej próbujemy kogoś zmienić — tym bardziej oddalamy się od zmiany, której tak bardzo chcemy.
Bo partner nie otworzy się wtedy, gdy stoi pod presją.
Nie zacznie się rozwijać dlatego, że go ciągniemy.
Nie przestanie pić, żeby zasłużyć na naszą akceptację.
Nie nauczy się komunikować, bo codziennie mu to powtarzamy.
Zmiana rośnie tam, gdzie ktoś czuje:
„Jestem widziany. Akceptowany. Mam przestrzeń, a nie wymagania.”
Ale żeby dać tę przestrzeń — trzeba ją najpierw stworzyć w sobie.
Przestać bać się, że jeśli on przestanie „spełniać moje standardy”… to ja znów poczuję tę starą pustkę.
**Kiedy coś się zmieniło?
Gdy zobaczyłam, że to ja byłam napięciem w relacji**
Nie świadomie.
Nie ze złej woli.
Z lęku.
Z tego, że całe życie brałam odpowiedzialność za emocje innych.
Z tego, że nie pozwalałam sobie na bezsilność.
Z tego, że wierzyłam, że jeśli nie będę kontrolować, to znowu mnie zranią.
I kiedy zaczęłam pracować nad sobą — naprawdę pracować, nie tylko powtarzać afirmacje — relacja zaczęła oddychać.
On zaczął mówić.
Ja zaczęłam słuchać.
On zaczął się otwierać.
Ja zaczęłam rozumieć.
W końcu zrozumiałam:
Nie przyszłam do tej relacji, żeby kogoś naprawić.
Przyszłam, żeby się uczyć.
Uczyć się bliskości, która nie dusi.
Uczyć się wolności, która nie oddala.
Uczyć się miłości, która nie kontroluje.
**Miłość to nie projekt.
Miłość to przestrzeń.**
Przestrzeń na to, że każdy z nas jest w innym miejscu.
Przestrzeń na emocje, które kiedyś były tabu.
Przestrzeń na to, że zamiast „wymagać” — mogę zaprosić.
Zamiast poprawiać — mogę zaufać.
Zamiast zmieniać — mogę spotkać drugą osobę naprawdę.
I dlatego dopiero wtedy, gdy przestałam go zmieniać…
coś się zmieniło.
Nie on.
Nie ja.
Tylko przestrzeń między nami — w końcu stała się miejscem, w którym oboje możemy rosnąć.
Jeśli czujesz ,że jesteś gotowa na zmiany, zapraszamy na bezpłatna konsultację.


