
Przez długi czas myślałam, że jeśli coś w naszym związku nie działa, to znaczy, że on musi coś zmienić. Że to on nie rozumie, że nie czuje, że nie daje z siebie tyle, ile powinien. Wchodziłam w mechanizm poprawiania, naprawiania, wyjaśniania. I za każdym razem zostawałam z poczuciem frustracji.
Bo nic się nie zmieniało.
Aż w końcu przyszła myśl, której długo nie chciałam dopuścić do siebie:
A co jeśli to ja muszę spojrzeć na siebie… zanim zacznę oczekiwać zmiany od niego?
Nie po to, żeby wziąć całą winę na siebie.
Nie po to, żeby się obwiniać.
Ale po to, by zrozumieć, jak bardzo moje rany, moje przekonania i moje oczekiwania wpływają na to, jak tworzę relację.
Zobaczyłam, że próbuję go zmieniać dlatego, że nie umiałam sama pomieścić swoich emocji.
Że chciałam, żeby mnie „czytał w myślach”, bo sama nie potrafiłam wyrażać potrzeb.
Że czekałam na to, aż mnie uratuje… zamiast ratować siebie.
I to był moment przełomowy.
Bo kiedy naprawdę patrzysz na siebie — nie z osądem, ale z czułością — zaczynasz widzieć, jak wiele możesz zmienić w dynamice związku, nie zmieniając partnera, tylko siebie.
Nie po to, by się dopasować.
Tylko po to, by wnieść do relacji więcej dojrzałości, odpowiedzialności i prawdziwej obecności.
Od tej pory nie pytam: „Dlaczego on tak się zachowuje?”
Zamiast tego pytam: „Dlaczego ja na to tak reaguję? Co we mnie jest jeszcze nieprzepracowane?”
I właśnie wtedy coś się zmienia.
Bo kiedy zmieniam siebie – zmienia się cały układ.
Znika potrzeba walki, przekonywania, udowadniania.
Pojawia się dialog. Zrozumienie. Bliskość.
Czasem największym krokiem w relacji nie jest to, co zrobisz z partnerem.
To to, co zrobisz… ze sobą.
Jeśli czujesz ,że jesteś gotowa na zmiany, zapraszamy na bezpłatna konsultację.


